airborell o sporcie

Wpisy

  • środa, 10 sierpnia 2016
    • Pięć dni, dwanaście punktów


      1. Wg mojej prognozy pierwsze medale mieliśmy zacząć zdobywać dopiero w czwartek, więc na razie wręcz wyprzedzamy harmonogram. Ale nie o same medale chodzi. Na poprzednich igrzyskach - w Pekinie czy nawet Londynie - nawet gdy reprezentanci Polski nie zdobywali medali, zajmowali miejsca w czołówce. W Rio kończy się piąty dzień igrzysk, a punktowane miejsca mamy jak na razie tylko w kolarstwie (i wirtualnie w wioślarstwie). Niektóre dyscypliny startują na miarę niewielkich oczekiwań i trudno mieć wielkie pretensje do strzelców czy dżudoków. Ale niektóre zaliczają klęskę wręcz epicką.

      2. Powiedzieć, że pływacy zaliczają w Rio Waterloo, to nic nie powiedzieć. Jeśli dwóch medalistów MŚ nie wchodzi do półfinałów zaliczając czasy o kilka sekund gorsze od życiówek, to to jest występ po prostu niewyobrażalny. Do tego totalny bałagan organizacyjny. Bardzo bym chciał się dowiedzieć, co się tam właściwie stało.  

      3. Oddzielną kwestią jest naprawdę niezrozumiała dla mnie afera dopingowa w ciężarach. O podejrzeniach wobec T.Zielińskiego i Szramiaka mówiło się na długo przed igrzyskami i właśnie z tego powodu prezes PZPC Szymon Kołecki nie chciał ich wysłać do Rio. Jak to się stało, że mimo to pojechali? Jak to się stało, że polska komisja antydopingowa nie zdążyła przebadać ich próbek? Gdybym był dziennikarzem niepokornym, już snułbym podejrzenia, że szef komisji antydopingowej, były polityk PSL, chciał skompromitować naszą ekipę.

      4. A nie mówiłem, żeby nie zwalniać trenera ręcznych po ME?

      5. Ale jak to możliwe, że Cancellara ma już 35 lat???

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pięć dni, dwanaście punktów”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      środa, 10 sierpnia 2016 22:07
  • piątek, 29 lipca 2016
    • Rozważania przed Rio

      (Właśnie, jaki jest przymiotnik od Rio de Janeiro?).

      Pora na tradycyjny wpis przedolimpijski. Tym razem, podobnie jak przed Londynem, zakręciłem szklaną kulą i wyliczyłem, ile zdobędziemy medali - i wyszło mi, że tych medali będzie aż 12, czyli że przełamiemy trwającą od Aten "klątwę dychy".

       

      rio21

       

      Jak na mnie to jest mocny optymizm, ale chyba jednak nie niepoprawny?

      W sportach walki najbardziej liczę na zapaśników - i skoro w Pekinie medal zdobyła kobieta, w Londynie klasyk, to teraz wypadałoby na wolniaka? Ciekaw jestem też startu Robaka w taekwondo, choć tu na medal może być jeszcze za wcześnie.

      W lekkiej atletyce cztery medale to jest dość ostrożna prognoza, biorąc pod uwagę formę polskich lekkoatletów na ostatnich dużych imprezach. Na medale Włodarczyk i Fajdka bukmacherzy nie przyjmują zakładów, wierzę w Kszczota i w niespodziewany medal kogoś z drugiego szeregu (Nowicki? Dobek? kulomioci? Cichocka?). Mam natomiast złe przeczucia związane z Małachowskim i Lićwinko.

      W pływaków nie wierzę. chociaż narobili apetytu świetnymi mistrzostwami świata, ale igrzyska to jest inna półka. Jeśli ktoś może zdobyć medal, to Kawęcki, ale raczej też nie.

      Jeśli idzie o sportowców również pływających, ale w łodziach, to kajakarze wystąpią zgodnie z wieloletnią olimpijską tradycją (1 medal), po jednym spodziewam się od windsurferów i wioślarzy, a czwarty powinien ktoś dołożyć (największą szansę mają wioślarze).

      W ciężarach szans medalowych wiele nie ma, ale Adrian Zieliński powinien podtrzymać trwającą od 60 lat serię. Zresztą tam i tak ostateczną klasyfikację poznaje się na długo po igrzyskach (no i cały czas nie wiemy, którzy rywale będą mogli wystartować).

      W ekipie kolarskiej może stuprocentowych pewniaków do medali nie ma, ale jako całość wygląda najmocniej odkąd pamiętam, więc może Maja Włoszczowska, a jak nie Maja to Kasia Niewiadoma, a jak nie Kasia, to może któryś z torowców (choć czas na medale na torze pewnie dopiero nadejdzie). I nie muszę mówić, że oddałbym większość opisywanych tu medali za złoto w indywidualnym wyścigu szosowym mężczyzn, ale tegoroczna forma Kwiatkowskiego czy Majki nie pozwala na takie ekstrawaganckie marzenia.

      No i wreszcie sporty zespołowe - co prawda ani siatkarze, ani ręczni nie błyszczeli w tym roku formą, ale droga do medalu naprawdę nie jest długa. A jak nie oni, to może plażowcy? Szans trochę jest i wierzę, że uda się wreszcie przełamać syndrom ćwierćfinału.

      Jako dyscyplinę rezerwową obstawiam strzelectwo - fajnie byłoby zacząć igrzyska z medalem. Bo jeśli nie Sylwia Bogacka czy jej koleżanki, i jeśli nie kolarze w wyścigu indywidualnym, to grozi nam, że na pierwszy krążek zaczekamy do piątku.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Rozważania przed Rio”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      piątek, 29 lipca 2016 11:40
  • poniedziałek, 11 lipca 2016
    • Paganini to on nie jest, vol. 3

      Reprezentacja Polski zdobyła 12 medali (6 złotych) na ME w lekkiej atletyce i wygrała klasyfikację medalową, co się nie udało nawet przy największych triumfach ery Wunderteamu, w Sztokholmie 1958 i Budapeszcie 1966. I oto czytam tu i ówdzie, że jest to osiągnięcie nic samo w sobie nie warte, a prawdziwą jego wartość zweryfikują igrzyska w Rio.

      Generalnie to ja się zgadzam, że rozgrywanie ME na miesiąc przed igrzyskami nie jest najlepszym pomysłem i może prowadzić do zdeprecjonowania tej imprezy (gdybym ja był szefem światowej lekkiej atletyki, przeniósłbym mistrzostwa kontynentalne na lata nieparzyste i zmieniłbym cykl rozgrywania MŚ na czteroletni, tak żeby odbywały się na przemian z igrzyskami). Tym niemniej - w Amsterdamie, w konkurencjach, w których Polska zdobyła medale, zjawiła się zdecydowana większość europejskiej czołówki.

      To naprawdę nie jest wina Roberta Sobery, że Renaud Lavillenie zaliczył "zerówkę". Wiadomo, że w normalnych okolicznościach to się nie powtórzy i niemal na pewno Sobera w Rio rekordzisty świata nie pokona. Dlaczego to ma jednak umniejszać sukces zawodnika, który poradził sobie w trudnych warunkach i skakał na miarę swoich możliwości, w przeciwieństwie do rywali z lepszymi rekordami życiowymi?

      Angelice Cichockiej i Adamowi Kszczotowi może być trudno przebić się w Rio przez koalicję kenijsko-etiopską. Wiadomo - geny zawodników z Afryki Wschodniej dają im naturalną przewagę w biegach średnich i długich, a ostatnie doniesienia wskazują, że nie tylko o geny chodzi. Czy jednak jeśli nawet na igrzyskach Angelika i Adam zajmą piąte czy szóste miejsce, to coś im ujmie z tytułu najlepszych w Europie?

      Ja tu w ogóle widzę dziwnie podwójną miarę. Zakończony na ćwierćfinale występ polskich piłkarzy w Euro został powszechnie uznany jako sukces i w ogóle nie pojawiały się wątpliwości typu: "prawdziwą wartość tego sukcesu zweryfikują MŚ w Rosji". Mimo że poziom piłkarskich MŚ jest w tej chwili dużo wyższy niż ME, takich słabych drużyn jak Irlandia Północna czy Ukraina w Rosji nie będzie i żeby wyjść z grupy, trzeba będzie wygrać przynajmniej jeden mecz z solidnym rywalem. Podobnie gdy reprezentacja siatkarek zdobywała mistrzostwa Europy, to po prostu cieszyliśmy się z historycznego sukcesu, a nie zastanawialiśmy się, co to mistrzostwo oznacza w hierarchii światowej. (Skądinąd okazało się, że oznacza niewiele). Dlaczego więc wobec lekkoatletów stosujemy inny standard?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Paganini to on nie jest, vol. 3”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 lipca 2016 09:47
  • piątek, 19 lipca 2013
  • poniedziałek, 20 maja 2013
    • Wyprane mózgi

      Zajrzałem sobie na polskie forum Realu Madryt, a tam darcie szat. Czytam, że "w tym klubie nigdy nie będzie normalnie" i że "teraz nie ucieszy mnie żadne trofeum zdobyte przez ten klub". Swoją drogą "ten klub" brzmi mi podobnie do "tego kraju" ("w tym kraju nigdy nie będzie normalnie"). Skuteczność wyprania przez Portugalczyka mózgów większości fanów musi robić wrażenie - w końcu jeśli fan życzy swojej drużynie porażek w związku ze zmianą trenera, to jest coś.

       

      Pewnie, że Realowi - jak każdej drużynie - przydałaby się stabilizacja na ławce trenerskiej, ale trzeba było być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby widzieć "madryckiego Fergusona" akurat w Mourinho, facecie, który nigdy nie udawał, że istotne dla niego jest kolekcjonowanie tytułów w różnych klubach i ligach, który wręcz na tym budował swoje ego, swój mit wybitnego trenera. Dla którego długoterminowe budowanie drużyny, scouting, wprowadzanie młodzieży do pierwszej jedenastki są po prostu śmiertelnie nudne. Dla którego - co najważniejsze - liczą się jego sukcesy, a nie sukcesy drużyn, które prowadzi. Dlatego właśnie moim zdaniem Mourinho poległ w Madrycie. On chciał być ważniejszy niż klub. A to jest możliwe w nuworyszowskiej Chelsea (z całym szacunkiem dla jej tradycji), ale nie w Realu czy żadnym innym legendarnym klubie.

       

      Teraz Mou "wraca tam gdzie go kochają". Zobaczymy, jak ten powrót będzie wyglądał. Osiągnięcia Portugalczyka w Chelsea niektórzy wynoszą pod niebiosa, a ja im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że w latach 2004-06 Chelsea po prostu wstrzeliła się w niszę czasową - wykorzystując schyłek wielkiego Arsenalu i największy kryzys United za kadencji Fergusona. Gdy United wrócili, w następnych sezonach The Blues nie podjęli z nimi walki (być może najcenniejsze jest mistrzostwo zdobyte przez Ancelottiego). W sumie i w tej chwili otwiera się jakaś nisza (nie wiadomo, jak Moyes poradzi sobie w United i co dalej w City), ale to są dalej drużyny na poziomie mistrzowskim, a Mourinho nie ma nad nimi przewagi finansowej. Będzie musiał się adaptować do innej rzeczywistości niż w 2004 roku - a w Realu się zaadaptować nie umiał.

       

      Jedno trzeba mu przyznać - potrafi budzić emocje. Także moje.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wyprane mózgi ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 maja 2013 21:37
  • niedziela, 17 marca 2013
    • Przeczytane: Szczepłek o Deynie

      Książka Szczepłka traktuje nie tylko o samym Deynie, ale - przez pryzmat jego losów - o całej polskiej piłce tamtych lat. I jak to zwykle bywa, gdy piszą je dziennikarze z tamtego pokolenia, dla których ci piłkarze byli idolami, nie potrafi wyjść poza schemat.

       

      Szczepłek widzi przecież, że gwiazdy polskiej piłki w połowie lat 70. były coraz bardziej zdemoralizowane i sfrustrowane. Wspomina mimochodem o sprzedanym (bez powodzenia) przez Deynę meczu, o tym, że nie zawsze przykładał się do gry na poziomie klubowym. Ale nie wyciąga z tego żadnych konsekwencji. Pisząc o MŚ w Argentynie wpada w te same schematy myślowe co zawsze. "Mieliśmy drużynę mogącą zdobyć Puchar Świata" - tak, grupę podstarzałych, zdemoralizowanych gwiazd bez formy. "Lubańskiego Gmoch trzymał na ławce, bo na boisku grali jego ludzie, słabsi od Włodka" - jakoś nigdy nie padają w takich przypadkach nazwiska. Kto niby był tym człowiekiem Gmocha? Defensywny pomocnik Masztaler czy obrońca Maculewicz? Żaden z nich nie był konkurentem na pozycję Lubańskiego. Prawda jest taka, że dla pana Włodka nie było miejsca w drużynie, bo na "dziewiątce" grał Szarmach, a na "dziesiątce" Deyna - ale lepiej pisać, że plac zabrali mu pupile trenera.

      Tylko zapatrzeniem w swoich idoli mogę wytłumaczyć, że inteligentnym, zdolnym dziennikarzom wyłącza się przy okazji tego mundialu zdolność analizy na tyle, że wierzą, że senatorzy Górskiego byliby w stanie poprawić wynik z Niemiec, gdyby im głupi Gmoch nie przeszkodził. Zwłaszcza że ci sami dziennikarze przecież mimochodem piszą o schyłku wielkiej drużyny, o klęsce z Holandią i fatalnej grze w Montrealu. Paradoksalnie, jedyna próbą rzetelnej analizy argentyńskiego występu i całej kadencji Gmocha została przeprowadzona przez partyjnego dziennikarza i podobno typa spod bardzo ciemnej gwiazdy, Andrzeja Jucewicza w jego "Selekcjonerach".

       

      Podobnie jest z oceną epizodu w Manchesterze City. Czytam o głupich Angolach, którzy nie potrafili docenić talentu Deyny - i dopiero gdzieś na marginesie o tym, że etos pracy Deyny był po prostu nieakceptowalny na poziomie zawodowej drużyny w Anglii. Swoją drogą, dopiero u Szczepłka dowiedziałem się, że City tak naprawdę chciało Bońka (którego znali z meczów w PUEFA). Oczywiście Boniek w 1978 roku nie był na sprzedaż, ale ktoś zaproponował Anglikom "zawodnika o podobnym stylu gry" czyli Deynę. Jakim trzeba być ignorantem piłkarskim, żeby styl "walczaka" Bońka nazwać podobnym do stylu Deyny, który nigdy za duźo biegać nie lubił?

       

      Twierdzę, że degrengolada polskiej piłki ma korzenie właśnie w tych złotych latach 70., kiedy to pokolenie Deyny, sfrustrowane niemożnością robienia prawdziwej kariery i zarabiania prawdziwych pieniędzy za granicą, rozmieniało się na drobne w polskiej lidze (przy okazji ucząc się handlować meczami na wielką skalę). I mogłaby o tym powstać fascynująca książka. Niestety, nie napisze jej ani Szczepłek, ani nikt z jego pokolenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Przeczytane: Szczepłek o Deynie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 marca 2013 11:39
  • piątek, 01 marca 2013
    • Zamienię złoto Stocha na medal drużyny

      Cieszę się oczywiście bardzo ze złotego medalu Kamila Stocha. Wczoraj po pierwszej serii modliłem się o jakąś wichurę albo śnieżycę w Predazzo, coś, co uniemożliwiłoby rozegranie drugiej, bo potwornie się bałem, że Kamil znów nie wytrzyma presji. Przecież nawet z tych zwycięstw w Pucharze Świata, których już trochę ma, większość osiągnął (o ile mnie pamięć nie myli) atakując z dalszych pozycji. A na wielkich imprezach to już w ogóle - do tej pory regularnie zjadały go nerwy. Tymczasem wczoraj bez problemu obronił, a nawet powiększył przewagę, w obu seriach uzyskując najwyższe noty.

       

      Cieszę się więc bardzo z tego złota, ale gdybym miał taką możliwość, to bez chwili wahania oddałbym je za medal w jutrzejszym konkursie drużynowym.

       

      Medal drużynowy jest świętym Graalem polskich skoków. Nigdy nie udało się go zdobyć za czasów Adama Małysza, mimo, że bywały ku temu szanse. W Sapporo zawalił Robert Mateja, w Libercu - przy równych, bardzo dobrych skokach całej drużyny - zabrakło właśnie błysku Małysza, no i na nasze nieszczęście fenomenalnie skakał 39-letni Takanobu Okabe. Przegraliśmy z Japonią brąz dziewięcioma punktami. Wreszcie w Oslo znów zabrakło nam czwartego - Hula nawet nie tyle zawiódł, co skakał na swoim normalnym poziomie, ale właśnie tych punktów zabrakło w obu konkursach (na dużej skoczni dodatkowo poniżej swoich możliwości skakał Stoch).

       

      Dzisiaj jest lider. Jest równa, dobra drużyna. Jeśli czegoś brakuje, to wyraźnego wicelidera - kogoś, kto mógłby wesprzeć Stocha bardzo długim skokiem. Kimś takim był przez większość sezonu Maciej Kot, ale w konkursie indywidualnym on akurat skoczył poniżej swoich możliwości.

       

      W ogóle zanosi się na najbardziej wyrównany konkurs w historii. Zawsze albo byli zdecydowani faworyci (w ostatnich latach Austriacy), albo dwie drużyny, które toczyły między sobą zaciekłą rywalizację o złoto (większość lat 90. stała pod znakiem takiej rywalizacji niemiecko-japońskiej). A teraz? Zsumowałem wyniki konkursu indywidualnego i oto co mi wyszło:

       

      1. Austria        1108,6

      2. Niemcy        1108,5

      3. Norwegia      1108

      4. Polska          1087,9

      5. Słowenia      1072,1

       

      Tak więc trzy pierwsze drużyny mieszczą się w granicy jednego punktu (!). Słoweńcy tracą więcej, oni w konkursie indywidualnym skakali poniżej swoich możliwości, ale na konkursy drużynowe zawsze się mobilizują. Wreszcie Polska. Czy nasi skoczkowie są w stanie się poprawić średnio o ponad metr w każdym skoku? Czy pozostanie liczyć na potknięcie rywali... To są skoki drużynowe przecież, jedna z najbardziej emocjonujących konkurencji zimy.

       

      A tak dla przypomnienia, najwspanialszy konkurs drużynowy w historii:


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Zamienię złoto Stocha na medal drużyny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      piątek, 01 marca 2013 09:44
  • poniedziałek, 25 lutego 2013
    • Piekielnie trudne zadanie Guardioli

      Starke - Rafinha, van Buyten, Badstuber, Contento - Luiz Gustavo, Tymoszczuk - Shaqiri, Can, Robben - Gomez (Pizarro). Czy taka drużyna nie byłaby z miejsca mocnym kandydatem do walki o grę w Lidze Mistrzów? To jest rezerwowa jedenastka Bayernu Monachium. Przedwczoraj właśnie rezerwy Bayernu, wzmocnione paroma zawodnikami z podstawowego składu, rozgromiła solidny przecież Werder 6:1.

       

      Bayern jest dzisiaj bezdyskusyjnie (zwłaszcza w świetle środowego piachu Barcelony) najlepiej grającą drużyną Europy. Oczywiście to nie musi się przełożyć na upragnione zwycięstwo w Lidze Mistrzów - w piłce nie da się wyeliminować elementu przypadkowości. Ale jak słyszę, że przychodzi Guardiola, że władze klubu mają do wydania ponad stówę (w milionach ojro, ma się rozumieć) na transfery, to zastanawiam się, czy Hoeness & co. po prostu nie przedobrzą. Przecież źródłem obecnego sukcesu klubu jest kadencja van Gaala, który śmiało stawiał na całą generację młodzieży - Müllera, Kroosa, Badstubera, Alabę, i umiejętnie ich łączył z gwiazdami z importu (Robbery). Po zwiększeniu głębi składu w tym sezonie powstała drużyna, w której naprawdę nie ma już za bardzo co poprawiać. Jedno, co by się jej przydało, to wzmocnienie psychiczne, nadanie charakteru zwycięzców. Ale wątpię, żeby do tego zadania się nadawał akurat Katalończyk.

       

      Guardioli ciągle różni ignoranci odmawiają zasługi stworzenia wielkiej Barcelony. Decydując się pójść do Bayernu, dał im gotowe argumenty do ręki - bo w Monachium będzie najwyżej Tito Villanovą. Jeśli chce przekonać świat, że naprawdę jest kandydatem na trenera wszech czasów, w Monachium będzie miał piekielnie trudne zadanie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lutego 2013 15:11
  • czwartek, 21 lutego 2013
    • O przyczynach Messidependencji (skutki było widać)

      Przecierałem wczoraj oczy patrząc na totalną bezradność Barcelony. Pewnie, Milan zagrał świetnie, kapitalnie neutralizował poczynania Katalończyków - ale to nie usprawiedliwia kompletnego braku pomysłu na grę, jaki wczoraj pokazała drużyna Roury. Jak Barcelonie zdarzało się nawet w erze Guardioli odpadać z LM, to odpadali tylko i wyłącznie przez swoją nieskuteczność. Wczoraj nawet nie mieli okazji być nieskuteczni.

       

      Oczywiście główną przyczyną klęski był fatalny mecz Messiego. Każdy zespół ma prawo zagrać gorzej, gdy zawodzi jego lider, ale Barcelona ma w drużynie tyle talentu, żeby nie uzależniać całej swojej gry od jednego Argentyńczyka. I przecież od niego nie była uzależniona na początku ery Guardioli. Był Eto'o, Henry, z drugiej linii wchodził Iniesta, kupiono Ibrahimovicia. Dlaczego więc dzisiaj gdy nie ma Messiego, nie ma Barcelony? Jak to się stało, że transfery dokonane w celu rozłożenia obciążenia gry w ataku na innych zawodników (Sanchez, Villa) okazały się klapą?

       

      W historii piłki nie było chyba takiej rywalizacji jak obecna Barcelona-Real i (w szczególności) Messi-Ronaldo. Nie przypominam sobie, żeby zawodnicy znajdowali się pod presją udzielenia właściwej odpowiedzi na pytanie, kto jest najlepszym piłkarzem świata, a tak się dzieje w tej chwili. Piłkarz Realu, który przyzna, że najlepszy jest Messi, staje się niegodny zaufania nie tylko w oczach kiboli, ale także w oczach trenera. Otóż twierdzę, że właśnie presja nakręcana przez tą rywalizację powoduje, że i Real i Barcelona są bardziej skłonne koncentrować grę w ataku na swoim liderze niż rozkładać ją na wielu zawodników. Nawet jeśli się to dzieje z ewidentną szkodą dla zespołu - w krótszym czy dłuższym terminie.

       

      Jestem przekonany, że Real byłby jeszcze lepszą drużyną, gdyby miał środkowego napastnika naprawdę światowej klasy. Choćby Falcao. Nie, że Królewskich na Kolumbijczyka nie stać. Ale gdyby przyszedł do klubu, ukradłby część splendoru (jeśli nie trochę goli) Ronaldo i potem Portugalczyk znowu byłby smutny. Messi co prawda nie urządza takich szopek jak jego rywal, ale podobno też miał coś do powiedzenia w sprawie odejścia Ibry. A na pewno swoim stylem gry, swoją wszechobecnością ma wpływ na to, że właściwie żaden inny napastnik się - od czasów Eto'o - w Barcelonie nie przyjął.

       

      I Real, i Barcelona są naprawdę blisko odpadnięcia z Ligi Mistrzów już w 1/8 finału. W sumie byłoby to całkiem niezłe rozstrzygnięcie dla piłki nożnej - przypomniałoby po prostu, że jest ona jednak sportem zespołowym.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „O przyczynach Messidependencji (skutki było widać)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lutego 2013 15:32
  • środa, 20 lutego 2013
    • Marudzenie przed Val di Fiemme

      Zaczynają się MŚ w narciarstwie klasycznym w Val di Fiemme. Kiedyś byłaby to dla mnie jedna z najważniejszych imprez sportowych roku. Teraz - oczywiście że będę ją śledził, ale bez takiej pasji jak dwadzieścia pięć czy piętnaście lat temu, kiedy Gunde Svan, Stefania Belmondo, Jens Weissflog czy Bjarte Vik byli moimi wielkimi sportowymi idolami.

       

      Na pewno to jest kwestia starzenia się i związanego z tym braku czasu na śledzenie imprez sportowych w telewizji, ale mam wrażenie, że po prostu biegi narciarskie i kombinacja stały się po prostu mniej atrakcyjne niż w latach 80. i 90. Mniej atrakcyjne na skutek działań FIS, które miały właśnie służyć ich uatrakcyjnieniu... Tymczasem ciągłe zmiany formatów powodują, że kibice się zaczynają gubić. Ale przede wszystkim - są to zmiany na gorsze.

       

      Nie wiem, kto wymyślił, że zawody ze startu wspólnego są bardziej emocjonujące niż dawny format rywalizacji, gdy zawodnicy startowali co pół minuty i porównywano ich czasy. Tamte zawody miały swój rytuał i swoją dramaturgię - czekaliśmy na poszczególnych zawodników na poszczególnych punktach pomiaru czasu, sprawdzaliśmy, kto zyskuje, kto traci, a kto odrabia straty. Było to pasjonujące zwłaszcza przy biegach na długich dystansach, gdy często wcześni liderzy nagle dramatycznie słabli, gdy zawodnicy z dalszych miejsc łapali drugi oddech (zwłaszcza jeśli się załapali do jakiegoś "pociągu"). Tymczasem działacze FIS właśnie na długich dystansach wprowadzili biegi ze startu wspólnego. Efekt jest taki, że bieg na 50 kilometrów, kiedyś prawdziwe zwieńczenie wszystkich MŚ i olimpiad zimowych, w tej chwili jest dwiema godzinami piramidalnej nudy. Wszyscy biegną razem i na finiszu wygrywa Northug.

       

      Zawody kobiet są ciągle bardziej interesujące (chyba nie tylko dla nas) dzięki ożywiającej je rywalizacji Bjoergen z Kowalczyk, ale też tło jest dużo słabsze niż kilka lat temu. Nie ma Rosjanek, nie ma Włoszek, Finki i Niemki sprzeciętniały, Norweżka i Polka nie mają godnych siebie rywalek.

       

      O skokach pewnie jeszcze będzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      airborell
      Czas publikacji:
      środa, 20 lutego 2013 22:26